Koncert 'Blood Ceremony with Belzebong, J. D. Overdrive, Major Kong' relacja METALMUNDUS.PL
25.10.2011
Muszę przyznać, że czekałem na taką informację. Blood Ceremony, jeden z moich ulubionych młodych zespołów, grający jednak niemodną muzykę dla zgredów, wystąpi na koncercie w Warszawie. Spróbujcie wrzucić do jednego worka Coven, wczesne dokonania Black Sabbath i Jethro Tull, dodajcie do tego klimat starych, chorych filmów grozy. Jeśli na takie zestawienie reagujecie uśmiechem, niczym zarysowanym na twarzy seryjnego mordercy-psychopaty ze slashera klasy Z, to świetnie się w dźwiękach Blood Ceremony odnajdziecie.
Jednak nie tylko Blood Ceremony byli powodem, dla którego warto było poświęcić ten zimny, wtorkowy wieczór na koncert - polskie ekipy udowodniły, że Polacy nie gęsi i też swój doom mają - lubelska ekipa Major Kong (czyli doomowa reinkarnacja stonerowego Fifty Foot Woman), pokazała, że nie mamy się czego przed światem wstydzić. Potężne, hipnotyzujące riffy podbite solidnym perkusyjno-basowym ciężarem, surowe a zarazem świetnie przemyślane i budujące niesamowity klimat, solówki z creamową kaczką - tak można w skrócie scharakteryzować, co ma do zaoferowania Major. Partie gitary basowej zasługują na oddzielną pochwałę - często wysuwają się na pierwszy plan i dzięki zabawie efektami dodają spacerockowego posmaku. Wszystkim nieszczęśnikom, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z materiałem 'Orogenesis', polecam jak najszybsze odwiedzenie profilu grupy na Bandcampie: http://majorkong.bandcamp.com/
J.D. Overdrive zaprezentowali się jako jednyni Polacy z wokalistą w składzie. Przyznać trzeba - wokalistą nie byle jakim, silnie inspirowanym niejakim Philem Anselmo. Trzeba przyznać, że ów wokal w zestawieniu z muzyką robił wrażenie. Muzyką, której jednak bliżej do dźwięków spod palców Zakka Wyldea czy Dimebaga Darrella, niż duetu Keenan-Windstein. Było masywnie, było ciężko, jednak myślę, że ten zespół jeszcze trochę kluczy w poszukiwaniu swojego stylu. Chociaż może to kwestia, że chłopaki średnio pasowali do doomowego towarzystwa.
Belzebong to już klasa sama w sobie i zarazem jedyny taki zespół w Polsce. Przepalone, tłuste, stonerowe klimaty, niczym polska odpowiedź na brudne i dostojne zarazem riffy Electric Wizard, wzbogacone wizualizacjami wyświetlanymi na scenie mogły zrobić wrażenie. Dziwię się, że jeszcze tak mało grup w kraju nad Wisłą decyduje się na takie granie, skoro zwolenników Black Sabbath na zwolnionych obrotach jest coraz więcej. Pożyjemy, zobaczymy. Nie był to pierwszy raz, jak widziałem tę ekipę w akcji i po raz kolejny nie zawiedli.
Clou programu, oldschoolowcy z Blood Ceremony, zaprezentowali się pierwszorzędnie. Świetne riffy, solidna sekcja rytmiczna, a wszystko to okraszone partiami fletu i klawiszy, zrobiły swoje chyba nikt, kto znalazł się tego dnia w Progresji, nie był zawiedziony. Jednak w przypadku Kanadyjczyków riffy oparte na najlepszych wzorcach heavy rocka lat 70-tych to zaledwie część atrakcyjności. Partie wokalne Alii O'Brien i prezencja sceniczna tej pani to już temat na oddzielny artykuł. Wokalistce udało się rozkręcić występ i nawiązać kontakt z publiką tak, że mógłby jej pozazdrościć niejeden rasowy frontman. Inna sprawa, że jak próbowała zaprezentować się groźnie, wypadało to na swój sposób uroczo.
Zaczęli od utworu otwierającego najnowszą płytę - 'The Great God Pan', z którego płynnie przeszli do 'Hop Toad'. Mimo iż nagłośnienie na początku szwankowało, chyba nikt z obecnych na tym szatańskim rytuale, jaki zaserwowali Kanadyjczycy, nie czuł się zawiedziony. Poza utworami z najnowszej płyty 'Living With The Ancients' zespół zaprezentował całkiem sporą reprezentację debiutu - Alia i koledzy cieszyli nasze uszy takimi numerami, jak 'Return to Forever', 'Master of Confusion', 'Children of the Future', czy zagranym na sam koniec 'Hymn to Pan'.
Myślę, że wtorkowy koncert w Progresji zaspokoił fanów tradycyjnego, doomowo zabarwionego okultystycznego hard rocka. Pozostaje tylko czekać na więcej takich imprez, bo zdecydowanie brakuje u nas takich gigów.
|