BLACK LABEL SOCIETY - METAL MUNDUS
09.03.2011


To był prawdziwy festiwal Gibsonów! Maniacy, którzy uwielbiają wiosła tej nieocenionej wręcz dla historii rocka firmy, mogli wreszcie z wywieszonymi jęzorami podziwiać najnowszą wiosenną kolekcję jej gitar. Prezentował ją na wybiegu modnego w każdym sezonie klubu Stodoła niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie, Mistrz Gitarowych Kreacji Z Piekła Rodem Zakk Wilde - to się teraz na scenie nosi, psze Państwa! A że ja sam od malucha zakochany jestem w modelu Les Paul Custom, więc z oczywistych powodów nie mogło mnie zabraknąć na tej rewii. Nie tylko ilość osobników z kartkami "Kupię bilet" krążących w nieprzebranym tłumie wokół Stodoły świadczyła o randze tej imprezy. Ale od początku.

Z wielkim ubolewaniem muszę stwierdzić, że znowu zalałem pałę przeterminowanym jogurtem i zaspałem z kretesem, bo gdy wtoczyłem się do klubu, pierwszy wykonawca już grał. Ogromna to, przyznam, dla mnie strata, bo czad był niemiłosierny. Kapela o wszystko mówiącej nazwie Jack Daniels Overdrive pochodzi z zagłębia polskiego metalu, więc nie mogło być inaczej - zaledwie trzech instrumentalistów na scenie, ale brzmienie bardzo solidne i świetnie poaranżowane kompozycje. Koncertową bolączką wielu kapel z jednym gitarzystą w składzie jest niezbyt masywny sound i "dziury" brzmieniowe w trakcie wykonywania partii solowych. Tutaj wcale nic nie brakowało. Dodatkowo dał się zauważyć atut kapeli, która występuje jako pierwsza zaraz po swojej próbie dźwięku - wszystkie detale było dobrze słychać i publice zgromadzonej w Stodole nic nie umknęło.

Zespół ma na koncie EP-kę "Pure Concentrated Evil" ale tego wieczora dominował nowy materiał - z wydanej płytki kapela zaprezentowała jedynie utwór na rozpoczęcie "Stoned to Death", którego mi, dupie wołowej, nie dane było usłyszeć. Kolejne utwory, jakie zagrali chłopaki ze Śląska to "Truth Teller" i "Boot Hill". Duża płyta już się robi, więc niedługo będzie można skonfrontować poczynania muzyków z ich dokonaniami na żywo. A energia waląca ze sceny była porażająca! To super, że coraz częściej supporty dobierane przed występami nie są idealną kalką głównych wykonawców - ludzie mogą posłuchać sobie bardziej urozmaiconej muzyki. A tu rozmaitości mieliśmy co niemiara - momentami amplituda drgań osiągała stopień porównywalny do dokonań Pantery i Machine Head. I kolejny atut grupy- polska scena rockowa (z przykrością muszę to stwierdzić) cierpi na brak charyzmatycznych wokalistów z ciekawym głosem ale J.D. Overdrive mają ten problem z głowy, bowiem Suseł rozwala swoim wokalem i nie ogranicza się jedynie do growlingu ale też bardzo melodyjnie frazuje. Krótko mówiąc - i zaśpiewać chłopak potrafi i zagadać do publiki z sensem. Warszawiaki w Stodole po prostu jadły mu z ręki a burzliwe oklaski po każdej kompozycji były tego najlepszym dowodem.

Trzeba przyznać, że kapela mimo metalowego brzmienia ma bardzo solidną rockową podbudowę - było to słychać zwłaszcza w solówkach gitarzysty Stempla. Po utworze "Guilt" prawdziwa niespodzianka - pełen szacun dla klasyki, bo oto leci "Purple Haze" w porywającym wykonaniu. Publika również w pełni stanęła na wysokości zadania, skandując niemal przez cały czas trwania utworu. Szkoda że wujek Jimmy tego nie słyszy... (a może jednak słyszy?) A swoją drogą całkiem metalowo musi być teraz w Niebiosach, bo przygrywają tam i Randy Rhoads, i Steve Clark, i Dennis D'Amour i Darrell Dimebag... O tym ostatnim panu będzie zresztą okazja jeszcze dzisiaj naskrobać kilka słów ale po kolei. Krótki ale treściwy występ zespół J.D. Overdrive zakończył utworem "Ballbreaker", w którym wyczułem także pewne elementy new-metalu lecz przyprawione dobrym, starym (nie czytać: "zepsutym") rockowym sosem. Rytmiczne oklaski publiczności w trakcie występu pierwszej kapeli na tak dużej imprezie, to prawdziwa rzadkość - w pełni zasłużone!

No i po rodzimym akcencie mamy zagranicznych gości - zespół Godsized zza Wielkiej Sadzawki nie przypadkiem był wybrany na supportowanie Stowarzyszenia Czarnej Nalepki. Punktualnie o 20.00 czterech muzyków wchodzi na scenę, rozpoczynają utworem Walking Away i wszystko staje się jasne - w rękach panowie Glen Korner i Neil Fish trzymają lśniące wiosła Gibson Les Paul Custom (każdy z tych modeli gitary wykonywany jest ręcznie a co więksi farciarze mają na zmówienie pozłacane detale wykończenia) a z głośników płyną znajome dźwięki. Fascynacji BLS na pewno się nie wyprą ale za to z jakim polotem i porażającą motoryką grają! Daję sobie swoje zasuszone jajka obciąć, że wszyscy kierowcy amerykańskich ciężarówek obok piosenek cycatej Dolly Patron i starej, pomarszczonej Indianki (tylko dla zmyłki nazywanej Willie Nelson) słuchają na maksa w kabinach swoich truck'ów kawałków z płyty Godsized! Muzyka w sam raz do samochodu i wymyślona zapewne w trakcie przejażdżki chopperem…

Gitarzyści Godsized wspaniale wymieniają się solówkami - duety gitarowe to prawdziwa ozdoba każdej rockowej kapeli. Utwór "Crazy Brave" to lekkie zwolnienie tempa ale jest nadal bardzo masywnie. Mamy też możliwość usłyszeć solowo przez moment potęgę basu, na którym zasuwa Gav Kerrigan a potem znowu wymiana solówek - wokalista Glen Korner zostawia sobie co bardziej melodyjne partie ale nie oddaje pola w technice wykonania i żarliwości swemu kumplowi. Balladowy wstęp zaczyna utwór "Fight & Survive" ale to tylko złudzenie - dalej jest ostro i atmosfera gęstnieje. Glen dysponuje naprawdę wyśmienitym mocnym głosem a melodyjności śpiewu mógłby mu momentami pozazdrościć nawet sam Zakk. Mimo pewnego podobieństwa stylistycznego repertuar Godsized jest bardzo ciekawy i zespół gorąco został przyjęty przez polską publiczność, co muzyków bardzo mile zaskoczyło - raczej nie liczyli na takie powitanie. W tym utworze wymiana solówek wręcz mnie powaliła - mistrzostwo! Ameryka!

Utwory "Repreheve" oraz "Out" i "Free" będzie nam dane na płycie usłyszeć na jesieni, bo grupa już planuje wydać swój kolejny album. A tymczasem chwali się nowymi kawałkami na deskach Stodoły - może nie przypadkiem grane są razem po kolei... Prywatnie muzycy Godsized okazali się świetnymi kolesiami - przez cały czas po swoim występie oraz na zakończenie imprezy przebywali wśród publiczności, rozdawali autografy, robili fotki z fanami i odpowiadali na całe sterty rozmaitych pytań. "The Last Goodbye" wbrew tytułowi nie był ostatnim kawałkiem tej kapeli wykonanym dzisiejszego wieczora i oscylował w klimacie raczej balladowym - wreszcie coś dla Pań lubiących się pobujać, zwłaszcza w rytm refrenu "So please take me home...". Z kolei "Bleed On The Inside" to kawałek w dobrym, marszowym rytmie ale od połowy zaczyna się prawdziwe techniczne mieszanie - miód dla moich uszu! I ponownie solówkowy zawrót głowy! Jak dobrze, że zaopatrzyłem się w ich album zaraz po koncercie - Zakk Wylde pewnie też ustawi się w kolejce po autografy. Tak jak album ten kończy utwór "Head-Heavy", tak i dzisiejszy koncert wieńczy ta kompozycja - kawałek w dobrym motorheadowym rytmie. I tak oto czterdzieści wspaniałych minut zleciało, jak z bicza trzasł. Przepraszam - jak z Gibsona trzasł!

No i czas na rytuał wieczoru. Nad sceną zawisła czarna zasłona z doskonale rozpoznawalnym logo Black Label Society wokół białej czaszki z okładki "Sonic Brew". Po klimatycznym intro rozlegają się syreny i zapowiedź technicznego w prawdziwie amerykańskim stylu. Ekipa Pana W. zaczyna za kurtyną mocnym akcentem ze swej debiutanckiej płyty - utworem "The Beginning... At Last". Gdy numer się rozpędza, zasłona opada i tłum, jakżeż by inaczej, wpada w istny szał! Zakk Wylde w stylowym czarnym meloniku na podwyższeniu zbudowanych ze skrzyń na sprzęt prezentuje się iście demonicznie. To nic, że na razie niewiele klarownych dźwięków dociera do naszych uszu - i tak jest powszechny amok. Dopiero solówka mistrza przedziera się z materii, z którą walczy akustyk. Jest też na co popatrzyć - Zakk prezentuję swoje najnowsze cacka zrobione specjalnie dla niego przez firmę Gibson, o czym nadmieniałem wcześniej - kolekcja jest okazała i wszystkie co znamienitsze modele postaram się opisać. Ten na starcie był przecudnej urody - połączenie modelu SG w przedniej części ze słynnym Flying V z tyłu. Wszystko to w niebiesko-srebrnym kolorze z płomiennym czarnym akcentem - bajka! I ta ściana Marschalli z tyłu ze świecącymi lampami - prawdziwy rock'n'roll!

Bez chwili oddechu zaczyna się "Szalony Rumak" z najnowszego albumu "Order Of The Black" i wszyscy znamy już te płytę - publika wyje, jak najęta: "I Am Crazy Horse, I Am". Zwalniamy tempo (ale tylko leciutko) przy "What's In You" z albumu "Mafia". Podczas utworu Zakk po raz pierwszy rozpędza się samotnie z jedną ze swoich solówek. Z kawałka tego wyrasta kolejny klasyk: "Rose Petalled Garden" (nazwany na setliście żartobliwie "Rose Pedal"). Fotografowie mają nie lada gratkę, bo na scenie wiele się dzieje - mistrzowi ceremonii dzielnie statystuje wierny weteran jego koncertowych poczynań - wyśmienity gitarzysta Nick Catanese zwany "Evil Twin" a dookoła ich obu, niczym mały troll, biega niespożytej energii basista John DeServio. Najnowszym muzykiem w kapeli jest bębniarz Johnny Kelly - ale również stary wyjadacz z Type O Negative. Numer ten także kończy kawalkada superszybkich dźwięków kolejnej solówki, która jest tylko przejściem do utworu "Funeral Bell" z albumu "The Blessed Hellride" - to prawdziwy marszowy walec, tutaj grany jednak szybciej niż na płycie, co daje mu jeszcze bardziej przytłaczającą moc.

Promocja najnowszego materiału trwa dalej - tym razem numer "Overlord". Jest to kawałek w podobnym tempie, jak poprzedni, więc publika nie straciła tempa, ale pojawił się nowy element - Zakk założył gitarę w kształcie… trumny. Mimo, że płyta świeża, to publika odrobiła pracę domową i dzielnie powtarza za mistrzem melodyjny refren. Przyspieszony fragment przed partią solową tworzy prawdziwy młyn pod sceną - zresztą tam non-stop był dzisiaj młyn, no może za wyjątkiem ballad… Po "Overlord" na płycie jest "Parada Umarłych" i ten sam ciąg funduje nam zespół (oczywiście po soczystym okraszeniu solówką) - nie dziwi więc odpowiedni pogrzebowy kształt gitary. A po tym energetyzującym zestawie wreszcie przyszła chwila odpoczynku, bo na scenę wjechało elektryczne pianino - znaczy się będzie balladka. Korzystając z krótkiej przerwy technicznej Zakk przedstawił kolegów z zespołu - przy okazji John Kelly usłyszał odśpiewane przez Stodołę "Sto lat" z okazji dnia swoich urodzin. Po chwili Zakk usiadł przy klawiaturze i po krótkim muzycznym wstępie, do którego przyłączył się perkusista a potem reszta zespołu, fani rozpoznali utwór "In This River". Ballada ta poświęcona jest tragicznie zmarłemu gitarzyście grupy Pantera, stąd na wzmacniaczach pojawiły się specjalne płachty a na nich Dimebag Darrell, zaś po utworze ludzie jeszcze długo skandowali imię nieodżałowanego przyjaciela Zakka.

Pianino wróciło za scenę, Zakk założył ponownie kolejnego ze swoich Gibsonów (tym razem w kształcie słynnego modelu Flying V) i pozostając klimacie płyty "Mafia" najbardziej przebojowy utwór z tej płyty "Fire It Up". Kształt gitary był całkiem w stylu Randy Rhoads'a i chyba to nieprzypadkowe odniesienie do wielkiego poprzednika Zakk'a. Basista nie pozostał mu dłużny i paradował z gitarą z wizerunkiem flagi a w trakcie utworu w tłum poleciała masa balonów - taki karnawałowy element. A potem mieliśmy to, na co wszyscy maniacy czekali - kilkunastominutowe solo Mistrza. A ponieważ muzyki i tak nie da się opowiedzieć, więc na tym zakończę opis tego wspaniałego fragmentu koncertu. Kiedy było już pozamiatane i nikt nie miał siły powiedzieć ani słowa, na temat tego, kto rządzi w gitarowym świecie, reszta muzyków dołączyła do Zakk'a i wróciliśmy do promocji najnowszego dzieła zespołu. Utwór "Godspeed Hell Bound" był chyba na dobicie publiki, by nie skarżyła się na brak bisów, bo to, co działo się w thrashowych młynach pod sceną w tym utworze przypominało wspaniałe czasy świetności Bay Area.

Festiwal Gibsonów trwa nadal - tym razem Zakk przyodziewa największe cudo wieczoru: dwugryfowy model SG, którym kiedyś szpanował sam Jimmy Page a i nasze mamy mogły go podziwiać na koncercie Czerwonych Gitar w Opolu w rękach Seweryna Krajewskiego. Górny gryf dwunastostrunowy, dolny sześciostrunowy - po prostu czad! Balladowego początku tytułowego utworu z płyty "The Blessed Hellride" nie można zacząć inaczej, chociaż lekki przester na gitarze raczej nie odpowiadałby naszym mamom, a ja nie pamiętam także, by Seweryn Krajewski grał na swoim cud-Gibsonie równie szybko... Zakk wraca do swojego ulubionego modelu Les Paul Custom (mojego ) i mamy "Suicide Messiah" koniecznie z występem technicznego,?także zaopatrzonego w megafon, na którym wykrzykuje refren. Swoją drogą szkoda, że przy promowaniu dzisiejszego wieczora tak świetnych albumów jak "Mafia" czy "The Blessed Hellride" zespół kompletnie zapomniał o swoich wcześniejszych płytach "Stronger Than Death" oraz "1919 Eternal". Znajdują się na nich koncertowe hiciory spokojnie kasujące kawałki z późniejszych krążków.

W trakcie krótkiego intro na ramię pana W. wraca Gibson w kształcie trumny i z przedostatniej płyty "Shot To Hell" gramy "Concrete Jungle" - utwór, który swego czasu promowany był przez całkiem fajny animowany wideoklip. I tu nastąpiło lekkie zdziwko relacjonującego tymi słowami oraz zapewne większości zebranych w Stodole - dlaczego nie było "Superterrorizer", gdzie się podziało u diabła "All For You", no i co u licha z "Bleed For Me"?! Koncert był wyśmienity ale konkretna porcja bisów należy się nam, jak psu kiełbasa! Na otarcie łez jedynie "Stillborn" - lubię ten utwór ale nie zastąpi on najstarszych klasyków. No cóż, pewnie trzeba poczekać na następny występ Stowarzyszenia Czarnej Nalepki w naszym kraju...

back