Koncert 'DOWN + JDO'
relacja Hard Rocker

22.07.2009


To była naprawdę gorąca klubowa impreza, a dziś zdarza się to w Polsce niezwykle rzadko. Być może uroku dodała szalejąca na zewnątrz burza, a może to kwestia dobrej atmosfery, którą gotowali zarówno sami muzycy, jak i maksymalnie szalona publiczność.

Zanim scena eksplodowała energią Phila i spółki, około godziny 20:00 zaprezentował się katowicki zespół Jack Daniels Overdrive. Przyjęcie, z jakim spotkał się ich występ, ewidentnie zszokowało wokalistę grupy, który swoim potężnym głosem i sceniczną odwagą przekonał do siebie i zespołu fanów grupy Down. Mocny, konkretny i jednolity kawałek muzyki w wykonaniu chłopaków z Katowic jest kolejnym dowodem na to, że Polak potrafi. Tak naprawdę zabrakło mi w tym zestawie mocnego, oleistego, amerykańskiego brzmienia gitary, ale to już może bardziej kwestie sprzętu, niż możliwości, czy umiejętności. Jack Daniels Overdrive wśród swoich kompozycji przemycił cover Jimiego Hendrixa "Purple Haze" w naprawdę zacnej, energetycznej wersji.

Później nastała przerwa, pełna pisków w uszach i maksymalnie głośnej muzyki puszczanej przez techników. Już dawno nie spotkałem się z tak cholernie rozkręconym sprzętem: to było z deka chore. Ten jeden jedyny mankament szybko poszedł w zapomnienie, gdy utwór Led Zeppelin "When The Levee Breaks" jakby wprowadził muzyków na scenę, jeszcze przy zgaszonych światłach. Później nastąpił czas na absolutnie porywający show. Nie widziałem nigdy Phila w akcji, ani z Panterą, ani z Downem - i muszę przyznać, że nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile tracę. To kolejny, choć pochodzący już z nowego pokolenia, wokalista o kosmicznej wręcz charyzmie i tym nieprzeniknionym szaleństwie w oku. Oj, jak bardzo mi tego brakuje u współczesnych, lalusiowatych wokalistów. Zaczęli od utworu "Lysergik Funeral Procession", a scena od razu zlała się z wyciągniętymi rękami publiczności, tworząc nierozerwalny układ. Później w eter popłynęły jeszcze między innymi "The Path", "Losing All" z debiutanckiej płyty "Nola" oraz "Ghosts Along The Missisipi" z dwójki. Zespół emanował radością grania i nic nie było tego w stanie zmienić, nawet latające z widowni na scenę niezidentyfikowane przedmioty. Tłum skandował "napierdalać", a skonsternowany Phil długo musiał czekać na to, aż ktoś mu to słowo przetłumaczy... Dreszcz emocji przebiegł mi po karku, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki coveru Led Zeppelin "Dazed And Confused" i choć zagrali tylko jedną zwrotkę tego utworu, poczułem, jak serce bije mi szybciej. Magicznie wypadł też kolejny utwór "Nothing In Return" z ostatniej płyty studyjnej. Spokojny i monumentalny zarazem, doprowadził kilka zagorzałych fanek do łez. To piękne, że muzyka wciąż potrafi wywoływać tak wielkie emocje. Po tym utworze zespół zniknął za sceną i ku zaskoczeniu wielu kazał czekać na siebie naprawdę długo. Niemilknący aplauz doprowadził w końcu muzyków z powrotem na scenę. Zagrali jeszcze dwa kawałki - debiutancki singiel "Stone The Crow" i "Bury Me In Smoke", w którym na koniec gitarzyści Pepper Keenan i Kirk Windstein oddali swoje instrumenty technicznemu oraz siostrze Phila, sami spożywając browce na scenie. Widać było, że się dobrze bawią, ale ten koncert już się dla nich skończył. Fani jakby nie przyjmowali tego do wiadomości, głośno skandując nazwę zespołu, w związku z czym Anselmo obiecał mini bis i poprosił o wsparcie publiki. Zaśpiewał końcową frazę utworu "Whole Lotta Love" Zeppelinów i ostatni, jakże charakterystyczny zaśpiew Planta w "Stairway To Heaven". Phil opuszczał scenę żegnany całkowitym wariactwe zgromadzonych w klubie. To był magiczny wieczór i pozostaje mieć nadzieję, że obietnice wokalisty, mówiące o tym, że zespół wróci jeszcze kiedyś do Krakowa, spełnią się w niedługim czasie. Na koniec powiem Wam, że kiedy tak spoglądałem na Phila Anselmo i Rexa Browna, czasem wydawało mi się, że jestem na koncercie zupełnie innego zespołu. Nie dało się na koncercie Downa uniknąć ducha Pantery, ducha nieodżałowanego Dimebaga Darella. Tymczasem, w kolejnym numerze Hard Rockera będziecie mogli przeczytać wywiad z gitarzystą Pepperem Keenanem.

autor: Piotr Brzychcy

back