Seks, whisky i... śląska krew - Nowa Gazeta Śląska
30.08.2011
Spokojnie - pod groźnym, choć zdradzającym pewne regionalizmy tytułem kryje się czteroosobowa wataha rockmanów, którzy pomimo młodego wieku mają na koncie występy u boku takich sław jak Down czy Black Label Society, EP-kę i pełnoprawny długogrający debiut, który niedawno wylądował na półkach europejskich i amerykańskich sklepów.
Idea powołania do życia zespołu J.D. Overdrive (który pierwotną nazwę - Jack Daniels Overdrive musiał z oczywistych względów skrócić) narodziła się w głowie pochodzącego z Siemianowic gitarzysty i kompozytora Michała Stemplowskiego kilka ładnych lat temu. Będący wówczas pod wszechmożnym wpływem prog-metalowych wirtuozów z Dream Theater muzyk wymarzył sobie własny projekt, do którego zaprosił zakochanego w stonerowych klimatach wokalistę Wojtka Kałużę. Talent, ekspresyjny głos i charyzmatyczna sceniczna osobowość frontmana połączyły się w parze z jego pisarskim talentem. Do składu dołączyli dwaj Łukasze: zasiadający za bębnami Jurewicz i obsługujący gitarę basową Pomietło, którego miejsce po nagraniu płyty zajął - miejmy nadzieję, że już na dobre - Tomek Cedzyński.
Pełne nieokiełznanej energii koncerty to z pewnością silny atut kwartetu, ale prawa rynku są bezwzględne niczym prawa dżungli - zespół naprawdę zaczyna się liczyć, gdy może pochwalić się jakimiś namacalnymi dowodami swojej działalności. To panowie mają już z głowy. Pod koniec maja nakładem wytwórni Metal Mind Productions światło dzienne ujrzał bowiem debiutancki longplay grupy, 'Sex, Whiskey And Southern Blood', z urodziwą, acz mocno sfatygowaną modelką na obwolucie, dzierżącą w dłoni butelkę pewnego alkoholowego specjału. Nie mam już werwy nastolatka, bo skończyłem 27 lat i jestem wyjątkowym pragmatykiem - skutecznie przekonuje mnie lider grupy - Bardzo się cieszę, że wydaliśmy płytę, ale jest to dla mnie tak naturalna kolej rzeczy, że trudno o jakąś szczeniacką ekscytację. Kompozycje potwierdzają wszechstronność debiutantów - mamy tu zarówno zwarte, przyjemnie atakujące uszy słuchacza kopalnie chwytliwych riffów ('The Art Of Demolition', 'Boot Hill'), rozbudowane wielowątkowe kompozycje ('Demonize', 'Guilt And Redemption'), jak i pełną napięcia, akustyczną balladę 'Into The Same River', z gościnnym udziałem skrzypka Wojtka Grabka. Wisienką na torcie jest minimalistyczna, acz energetyczna i przede wszystkim udana interpretacja hendrixowskiego standardu 'Purple Haze', pełniąca tu jednak rolę ozdobnika. Kolejną zaletą płyty są wysokie umiejętności warsztatowe muzyków, które jednak potrafili okiełznać, nie zamęczając odbiorcy milionami solówek. Wszyscy grają tyle dźwięków ile potrzeba, co świadczy o dużym wyczuciu muzycznej materii, opartym o rzadkie wśród debiutujących rockmanów zrozumienie istoty grania zespołowego.
Jednym z istotnych elementów promocji albumu jest nakręcony na katowickich ulicach klip do otwierającego zestaw utworu 'Ballbreaker', w którym cała czwórka daje intrygujący popis autoironii, przebierając się za komiksowe ikony popkultury. Co do zagranicznych szans dla kapeli, wszyscy oceniają je bardzo ostrożnie. Widzę, że Metal Mind robi swoje - cieszy się mój rozmówca - Zdążył już wysłać sporą pulę płyt do recenzji do różnych portali w USA, Kanadzie, nawet Ameryce Łacińskiej. I cóż? Zobaczymy. Choć, szczerze mówiąc nie spodziewam się jakichś rewelacji. Ale fajnie, że to w ogóle tam wychodzi. Co ciekawe, ostatnio pojawiła się szansa, że materiał znajdzie także nabywców w Japonii, mimo, że kampania promocyjna krążka nie uwzględniała wcześniej Kraju Kwitnącej Wiśni. Z drugiej strony muzycy przeżyli spore zaskoczenie, kiedy szef jednego z opiniotwórczych branżowych tytułów powiedział, że w przypadku kapel grających taką muzykę sukcesem jest sprzedaż... pięciuset egzemplarzy albumu w skali całego świata. Z pewnością okolicznością komplikującą jest wszechobecny internet. W dwa tygodnie po premierze europejskiej płyta była już na tak wielu torrentach, że bez problemu można ją ściągnąć - i ludzie to robią. Trudno zarobić dziś na samej sprzedaży albumów - nawet najwięksi giganci dużo więcej zarabiają na koncertach - mówi mi 'Stempel'. Konia z rzędem temu, kto zakwestionuje słuszność tych słów.
Choć kwartetowi ciężko zarzucić brak profesjonalizmu, pod jednym względem muzycy nie mają złudzeń. Od czysto finansowej strony wciąż tkwią w amatorskich pieleszach, nie czując jednak wielkiej chęci do zmiany takiego stanu rzeczy. W Polsce nie da się żyć tylko z muzyki, chyba, że jesteś wielką gwiazdą, albo grasz jednocześnie w kilku zespołach, dodatkowo chałturząc co weekend na weselach - stwierdza gitarzysta - Muzykę traktujemy jako totalną pasję i hobby i niech tak zostanie.
O dalsze losy Ślązaków możemy być spokojni. Ciężka praca przy produkcji debiutanckiego albumu nie wyjałowiła ich z pomysłów i energii. W najbliższych planach mają intensywne koncertowanie, choć pojawiają się już też - coraz śmielsze - przymiarki do drugiej płyty. Znając trzeźwość myślenia i muzyczny talent kwartetu wypada chwycić kciuki, ciesząc się, że naszemu regionowi przybyła kapela mocno identyfikująca się z miejscem swego pochodzenia, choć pozbawiona znamion zaściankowości, co wkrótce mogą docenić także miłośnicy stoner-rocka z sąsiednich kontynentów.
MICHAŁ GRZESIEK
|